sobota, 31 października 2009
wtorek, 18 sierpnia 2009
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
sobota, 15 sierpnia 2009
piątek, 14 sierpnia 2009
jak zwykle jest bajecznie
-jesteście zmęczeni po podróży?
-to chyba oczywiste po 10 godz jazdy. X teraz sprząta. mogłaś tu chociaz ogarnąć. czemu nie zrobiłaś prania? byłaś tu chociaż jeden dzień?
i po co komu grzeczność? niepotrzebne troski o kogoś kto tego nie potrzebuje. a jednak jakbym nie zapytała, byłoby gorzej. kto wie... może bede teraz robiła to na zmianę :) i sporządzę statystykę. mini satysfakcja, pośmieję się z wyników a w przyszłości użyję ich jako materiałów do napisania wspaniałego poradnika... okładka już jest. btw sporządzona do ulotki dot. uzależnien. reszta innym razem.
-to chyba oczywiste po 10 godz jazdy. X teraz sprząta. mogłaś tu chociaz ogarnąć. czemu nie zrobiłaś prania? byłaś tu chociaż jeden dzień?
i po co komu grzeczność? niepotrzebne troski o kogoś kto tego nie potrzebuje. a jednak jakbym nie zapytała, byłoby gorzej. kto wie... może bede teraz robiła to na zmianę :) i sporządzę statystykę. mini satysfakcja, pośmieję się z wyników a w przyszłości użyję ich jako materiałów do napisania wspaniałego poradnika... okładka już jest. btw sporządzona do ulotki dot. uzależnien. reszta innym razem.
piątek, 3 lipca 2009
łamię zasadę nr 1 - nie uzewnętrzniać się. Z archiwum.
„Żadnych kamer, aparatów, mikrofonów. Nikt nie będzie słuchał mojego ochrypłego głosu, ani nikt też nie będzie liczył kresek na mojej twarzy. Ludzie teraz nie mają wyobraźni, muszą mieć podane na tacy wszystko. A ja wychowywałam się dużo wcześniej. Wtedy ludzie doceniali wyobraźnię. Dlatego teraz nie mam zamiaru ułatwiać nikomu niczego.”
Od tego się zaczęło. Szpital wojewódzki, neurologia, ósme piętro, sala 807. Od dwóch tygodni zajmuję łóżko pod oknem. Naprzeciwko mnie leży starsza kobieta, 74 letnia. Nie ukrywa wieku. Z drugiej strony, nie musi. Karty pacjentów powieszone na łóżkach są ogólno dostępne. Stanisława. Wysoka jak na staruszkę. Jakieś 170 cm wzrostu. Włosy białe, niczym przerzedzona wata otulają twarz staruszki. Przypomina korę starego drzewa, pociętą wzdłuż i wszerz oznakami czasu. Codziennie się jej przyglądam. Jakby Ktoś spłatał figla i za każdym razem kiedy kobieta ta robiła jakiś grymas, pozostawił ślad na jej twarzy. 74 lata, 74 lata grymaszenia.
Religijna starsza pani
Pierwsze 3 dni patrzyła na mnie podejrzliwie. Przyznała się do swoich myśli:
„młoda, nad niczym się nie zastanawia. Tacy jak ja to dla niej zwyczajne dziadki. Przepaść nieograniczona. Pewnie myśli, że starość jej nigdy nie dosięgnie. Wszyscy tak myślimy. Ta myśl powraca, najczęściej zimowymi wieczorami, kiedy nasze nogi nie radzą sobie ze śniegiem tak jak kiedyś, nasze ręce nie dają rady wiadru z węglem, nasze oczy nie potrafią czytać po siedemnastej. W takie właśnie wieczory przychodzą duchy młodości.”
Budziła się codziennie o 5, siadała na łóżku z różańcem w ręku. Modliła się. W ogóle często się modliła. Przed śniadaniem, po obchodzie lekarzy, przed obiadem, przed kolacją, przed snem, przed badaniami. O godzinie 6 przychodził ksiądz z komunią. Przyjmowała, ale nie zawsze. Jedyna myśl jaka mi się narzuciła – „przynajmniej nie robi z siebie świętej”.
A to takie typowe dla starszych ludzi. Tak jakby po sześćdziesiątce umacniała się nasza wiara. Czyżbyśmy chcieli nadrobić stracony czas? A może czujemy, że już nie jesteśmy tacy samowystarczalni, silni, pełni energii, otoczeni znajomymi, po prostu młodzi. Nie omieszkałam o to zapytać.
-widzisz, ja zawsze byłam wierząca. Modliłam się. Teraz po prostu tego bardziej potrzebuję. Zdaję sobie sprawę z tego że jestem chora. Mam swoje problemy, ale każdy je ma. Dlatego nie chce nikogo nimi obarczać. A z kim innym mogę tak szczerze rozmawiać jeśli nie z Bogiem. Tylko on wie co czuję. Mam przyjaciółki, ale w naszym gronie rozmowy o chorobach są zabronione. Tego typu pogaduszki zamieniłyby się bardzo szybko w księgę skarg i zażaleń starszych pań.
Uśmiecha się. To wiele tłumaczy. Na jej twarzy maluje się spokój. Chyba właśnie do tego dąży. Każda rozmowa nas uspokaja, ten moment kiedy możemy z siebie wyrzucić to, co kotłuje się w naszej głowie. Żaden przyjaciel, żaden członek rodziny, nie jest w stanie wczuć się w naszą sytuację. Synonim prawdziwej wiary – rozmawiać z Bogiem, nie słysząc odpowiedzi, ale czuć ją w postaci spokoju umysłu i serca. Jednak nawet jeśli wiem dlaczego 74 letnia staruszka chce być tak blisko Boga, muszą minąć lata, żebym naprawdę to zrozumiała.
„Krasnoludki”
Ósme piętro, neurologia. Wszyscy wyglądają na zdrowych. To chyba taki oddział. Chociaż prawe skrzydło ma się nieco gorzej. Tam większość pacjentów leży, podczas gdy my spacerujemy sobie, spotykamy się na kawie. Rozmowy na temat co komu dolega i kto ma gorzej, są nieuniknione. Tak więc i na taką rozmowę przyszła kolej. Starsi ludzie pytani o swoje zdrowie często mają tendencję do popadania w skrajności – albo jest wszystko idealnie, albo rozmowa robi się nieubłagalnie grobowa. Zimne ręce i świszczący oddech wzbudzają naszą wyobraźnię i zastanawiamy się czy jeszcze spotkamy tego kruchego dziadka. Co dolega mojej sąsiadce?
-Krasnoludki, Anuś. Krasnoludki.
Na sali nastała cisza. Każdy miał przed oczami jeśli nie bajkę o Królewnie Śnieżce, to kadr z filmu „Szuflandia”. Demencja starcza? Niemożliwe.
-pierwszego wykryli mi w nerce. Każdy by się załamał, a ja ze stali nie jestem, wiec smutek i mnie ogarnął. Nerkę usunięto, a druga wzięła na siebie pracę za dwie, nie była już taka silna. Częste przeziębienia i zapalenia, to już moja stała dolegliwość. Drugiego wykryli w piersi. Skoro nerkę usunęli, z piersią nie było większych problemów. Muszę tylko przyznać, że rehabilitacja jest bardzo męcząca. Po operacji usunięcia piersi ma się bardzo ograniczony zakres ruchów ręką. Ale dałam sobie rady, a proteza jest tak idealna, że czasem się zapominam, że mam ją ściągnąć przed snem. Z trzecim krasnoludkiem nie było tak wesoło. 16 lat temu znalazł sobie miejsce w przysadce mózgowej. Tu mój smutek przybrał nieco inną barwę. W tej chwili jestem na etapie leczenia Bromergonem. Jest sobie tam dalej, ale póki co śpi. A dlaczego tu jestem? Żadna bajka ani żaden film, nie mówi o trzech krasnoludkach. To stworzenia stadne, wiec obława trwa.
W tym szpitalnym klimacie niejeden pacjent da się porwać konkurencji, na najbardziej porywającą opowieść o swojej chorobie. Teraz nikt nie miał odwagi. Wyglądałoby to tak jakby po premierze filmu „Pasja” Mela Gibsona wyświetlono „Misia” Stanisława Bareja.
Ciszę przerwała salowa, wjeżdżając na salę wózkiem z kolacją.
Adaś – nie mężczyzna, tylko człowiek
Słońce opierało się całą swoją siłą o szyby okien, a my, pacjentki z sali 807, niczym kotki wylegiwałyśmy się na swoich łóżkach czekając na obchód. Na korytarzu słychać stukot chodaków. Godzina 9:00, jeszcze za wcześnie. Do Sali wszedł młody lekarz. Kalkulator w naszych głowach przeszedł na funkcję „ON”, obliczając ile lat ma student medycyny odbywający praktyki lub też lekarz zdobywający specjalizację.
-Jak się pani dziś czuje, pani Stanisławo?
-no wie pan! To miłe z pana strony. Bardzo dobrze.
Staruszka zatrzepotała rzęsami, a my czekałyśmy na rozwinięcie fabuły. Porozumiewawczym wzrokiem oceniłyśmy lekarza na przystojnego mężczyznę.
-czy odczuwa pani jakiś dyskomfort? Mógłbym to zmienić jeśli będzie trzeba.
-oh, dziękuję skarbie, ale myślę, że nie jesteś odpowiednim człowiekiem.
Mężczyzna uniósł kąciki ust. Dziurki w policzkach zauważyła chyba każda z nas.
-pani Stanisławo, przyszedłem z wizytą, pytam czy pani coś dokucza, cos panią boli.
-nie, dziękuję, czuję się dobrze.
Staruszka patrzyła na mężczyznę zdziwionym wzrokiem.
-wybacz skarbie, ale nie wiem jak się mam do ciebie zwracać.
-od dziś może być Adaś. A teraz przepraszam, muszę dokończyć obchód.
Z szerokim uśmiechem doktor Adaś przeszedł do kolejnej pacjentki. Każdą po kolei zapytał o samopoczucie. Po jego wyjściu, parsknęłyśmy śmiechem. Starsza pani uśmiechała się do nas. Ponownie odczułam różnicę wieku. Pani Stanisława lekarza uznała za zbyt młodego aby mógł pełnić tą funkcję, a także zbyt młodego, aby mógł z nią prowadzić dialog jak mężczyzna z kobietą w pełni tego określenia znaczeniu. Czy ludzie starsi zatracają różnice płci, na wszystkich ludzi patrzą jednakowo? Czy z wiekiem podkreślają swoją starość uznając wszystkich poniżej 40 roku życia za bardzo młodych?
-widzicie kochane, a ja byłam pewna że ten młodzieniaszek się mi zaleca! Nie miałby szans. W moim sercu jest miejsce tylko dla Józka. Józeczek to dobry mężczyzna. Nigdy mnie nie skrzywdził, obydwoje darzyliśmy się szacunkiem. Nie było między nami kłótni, tak jak teraz widzi się młode małżeństwa, bezustannie walczą o swoje prawa między sobą. My kłóciliśmy się po cichu, bez krzyku. To była bardziej wymiana poglądów. Józek był inżynierem, był wykształcony, odnosił zasługi w pracy. Bardzo dobrze zajmował się mną i dziećmi. Nie chodził do kościoła tak jak ja, nie wierzył. Ale to nie powód do kłótni. Zawsze jest kompromis. Mężczyzna i kobieta muszą się rozumieć uzupełniać się wzajemnie. Jeśli jedno się nie zmieni, to drugie musi to zaakceptować. Ale nie wolno nadużywać czyjegoś charakteru, chęci zmian, czy tolerancji. Tak właśnie było z nami. Każdy miał swoje obowiązki, swoje prawa, zasady i wszystko to było świętością. Teraz się to łamie. Józek zmarł na wylew gdy miałam 58 lat. Teoretycznie mogłabym sobie kogoś poszukać. Ale moja miłość była silniejsza. Przywiązanie do tej jednej osoby, nawet po jej śmierci jest tak mocne, że jeśli nawet zaczęłabym się z kimś umawiać, czułabym jakbym zdradzała Józka. Dlatego nie patrzę już na mężczyznę jak na Mężczyznę, ale jak na człowieka, takiego samego jak ja. Jedyne co mi teraz pozostało, to pogratulować młodemu lekarzowi udanego wyjścia z sytuacji. No i oczywiście tego, że chociaż przez ułamek sekundy dzięki niemu czułam się jak młoda dziewczyna. Ci mężczyźni… potrafią w głowie zawrócić!
Kazia – brakujące ogniwo
Kolejny szpitalny dzień jak zawsze zaczął się wcześnie. Pomimo tego że zawsze wstawałam koło 6:00 rano, tutaj czas miał jakby inny wymiar. Lub mówiąc prościej niemożliwie się dłużył. Pani Stasia nie spała już od jakiejś godziny. Gdy zdarzało mi się obudzić przed tą porą widziałam jak siedzi na łóżku i odmawia różaniec. W taki sposób rozpoczynała każdy dzień, modlitwą. Skończywszy modlitwę, zsuwała się na brzeg łóżka i siedziała tak jeszcze przez chwilę, jakby planowała, układała sobie cały harmonogram dnia.
-oj Kaziu, pora wstać z łóżka.
Mówiła do siebie. Robiła to bardzo często, podsumują tym samym jakieś wydarzenie, mówiąc na głos swoje refleksje, a także wydając sobie polecenia. To tak jakby wcielała się w kogoś innego, kogoś, kto motywował by ją do jakiejś czynności. Takie zachowanie wcale mnie nie dziwiło. Ludzie nierzadko mówią do siebie, jedni w myślach, drudzy na głos. Interesowało mnie coś innego.
-jak ma pani na imię?
-ha! Stanisława.
-a więc dlaczego Kazia? Tak się pani zwraca do siebie.
-widzisz Anuś, była nas trójka. Najstarsza siostra, ja i najmłodszy brat. Zanim jednak się urodziłam, na świat przyszła Kazia – drugie dziecko moich rodziców. Kazia jednak była bardzo chorowita. Łapała wszelkie choroby i infekcje. Zdrowie nie było jej dane i mając zaledwie rok, zmarła. Po śmierci Kazi dwa lata później na świat przyszłam ja. Tatko dał mi na imię Stanisława. 3 lata później urodził się Stefan. Byłam tak jakby ogniwem, który spoił łańcuch dzieci, rodzonych co 3 lata. Tatko zapewne tęsknił za małą Kazią i właśnie dlatego mnie tak przechrzcił.
-chyba by mnie to troszkę bolało. Nie czuła się pani jakby zastępowała pani miejsce kogoś innego?
-no tak..! Młode pokolenie, które chce być najważniejsze. Oczywiście, że czułam się jakbym zastępowała kogoś innego - moją nieżyjącą siostrę. Ale czy nie można na to popatrzeć jak na wyraz miłości. Dla mnie było zaszczytem, że tata przelał miłość do wątłej Kazi na mnie. Czasem nawet chciałam sobie powiedzieć, że kochał mnie za dwie. Nie można mieć pretensji do innych o rzeczy, za które nie odpowiadają. Trzeba się nauczyć pokory wobec woli Boga. Widzisz, tak musiało być. Zmarła Kazia i zostało miejsce na jeszcze jedno ogniwo w tym łańcuszku. Tym ogniwem stałam się ja. To dla mnie bardzo ważna rola.
-życie byłoby łatwiejsze bez zazdrości o pozycję innych.
-też tak myślę. Pociesz się tym, że po latach nie tylko dojdziesz do tego przekonania, ale naprawdę zaczniesz według niego postępować. Ale teraz masz jeszcze mnóstwo czasu na to, żeby to zrozumieć.
Spojrzała na mnie z takim błogim uśmiechem, że poczułam się wyjątkowo spokojna. Spokojna o moją przyszłość. To tak jakbym była u wróżki, tylko, że jej wróżba zdawała się być pewna. Może to ze względu na wiek pani Stasi, na jej spokój ducha, ze względu na to, że wszystko co mówiła, mówiła pewnie, nie pozostawiając cienia wątpliwości co do jej przewidywań.
-Oh, Kaziu Kaziu.. może byś coś zjadła?
Staruszka, podniosła się z łóżka, z nie znikającym zadowoleniem na twarzy poszła w kierunku lodówki. Ta pokora wobec wszystkiego, co się wydarzyło w jej życiu nieustannie mnie zadziwia. Pani Stanisława potrafi się pogodzić z każdym faktem i każdą myślą. Dziwne, że jest to tak trudne dla mnie w tym wieku, a tak oczywiste dla starszej osoby jak moja szpitalna sąsiadka.
Czas na grzybobranie
Wtorek. Zostałyśmy na sali same. Pacjenci się wykruszyli. Zdiagnozowani wrócili do domów, kontynuując leczenie w poradniach specjalistycznych. Siedziałyśmy na moim łóżku, patrzyłyśmy w okno. Czekałyśmy na to samo – na wypis. Pani Kazia ze spokojnymi myślami, że „krasnoludków” nie ma. Ja z wielkim znakiem zapytania.
-widzisz Anuś, najważniejsze, że krasnoludków nie ma. Teraz mogę wrócić do Złotego Stoku, pójść do lasu i zbierać grzyby. Sezon się dopiero zaczyna. Musisz do mnie przyjechać. Chociaż na weekend. We dwie się zmieścimy w moim mieszkanku. Mam coś dla ciebie.
Podreptała do swojej torby, wyciągnęła reklamówkę. Usiadła obok mnie, zaczęła odpakowywać zawiniątko, niczym czekoladkę ze sreberka. Jedna reklamówka, druga, jednorazówka, folia aluminiowa. Śmiałam się w myśli… 20 letni człowiek włożył by – cokolwiek to było – do pudełka próżniowego. Klik – i otwarte.
Ciastko. Dostałam ciastko.
-jedno dla ciebie, drugie dla mnie. Dobrze, że jesteśmy same na tej sali. Nie mam więcej ciastek.
Stukanie chodaków, skrzyp drzwi, do sali weszła pielęgniarka.
-pani Kowalska, proszę przejść do dyżurki odebrać wypis.
Pani Kazia podniosła się łóżka spokojnie, stanęła przede mną z otwartymi ramionami.
-no to żegnam cię moja damo. Miło było mi cię poznać, życzę ci dużo zdrówka i do zobaczenia w Złotym Stoku.
Miała mocny uścisk. Można powiedzieć pełen życia. Wycisnął ze mnie nawet łzy. Odwróciła się i drobnym kroczkiem z walizeczką na kółkach, opuszczała salę 807. Poczułam, że zegar wybił dwunastą i kopciuszek musi uciekać z balu. Jak zawsze kopciuszek gubi bucik. Bucik, który mówi o nim wszystko, jego symbol. Tym razem nie było inaczej. Folia aluminiowa na moim łóżku. Tak samo pognieciona jak twarz pani Kazi, zużyta, ale pachnąca jeszcze karmelowym ciastkiem z okruszkami wspomnień po nim w środku.
Chwila na refleksje
Zostałam sama na szpitalnej sali. Kolejne pacjentki, które przyszły po pani Kazi nie były już tak wyjątkowe. Z resztą taka osoba można by rzec, zawyża poprzeczkę innym. Naprawdę wartościowa kobieta. Przez te dwa tygodnie spędzone z panią Kazią, miałam wrażenie, że zmienił się mój świat. Przyhamował. Niesamowicie się cieszę, że mogłam spotkać taką osobę. Nigdy tak naprawdę się nie zastanawiałam co będzie ze mną za 40 lat, jaka będzie starość lub jaka jest w tej chwili dla innych ludzi. Kiedy pakowałam się do szpitala, zabrałam ze sobą mnóstwo książek. Nie uwłaczając żadnemu z autorów tych dzieł, myślę, że żaden z nich nie potrafiłby przybliżyć mi istotę tematu starości w taki sposób, w jaki zrobiła to pani Kazia. Mówi się, że starość się Panu Bogu nie udała. Czy ja wiem? Może się właśnie udała, tylko ten, kto to powiedział, musiał być albo młody, albo nie zaznał szczęścia w młodości. Pani Kazia na pewno słysząc to powiedzenie, od razu by je zdementowała. Starość jest jak każde podsumowanie pewnej całości. To czas, kiedy możemy na siebie popatrzeć z dystansem, jeśli oczywiście pozwala nam na to stan naszego zdrowia. Myślę, że starość może być piękna, ale najpierw sami musimy nauczyć się w niej żyć. Nie przyspieszać jej, twierdząc, że na emeryturze straciliśmy sens życia, ani też udawać, że jeszcze nie nadeszła, pokazując wszystkim, jacy to jesteśmy młodzi i nie zależni, stając się przy tym agresywni dla otoczenia, gdy wyciąga do nas pomocną dłoń.
Pokora i szacunek. Te słowa chyba najczęściej padały w naszych wspólnych rozmowach. I właśnie od tego czasu stały się one dla mnie naprawdę wartościowe. Jedyne, co na koniec tej refleksji mogłabym stwierdzić, to, to że życzę każdemu, żeby mógł spotkać w swoim życiu taką „panią Kazię”, która mu otworzy oczy na sprawy bardzo ważne, a zarazem najczęściej pomijane w codziennym wyścigu o bycie kimś zauważalnym i istotnym. Kimś takim dla innych ludzi jest być łatwo, bo zawsze się znajdzie ktoś, kto nam czegoś pozazdrości, pochwali nas. W taki sposób przebiegniemy przez nasze życie z klapkami na oczach, wciąż starając się pokazać od jak najlepszej strony. A nie to jest najważniejsze, żeby inni nas podziwiali. Ważniejsze jest to, żeby być takim kimś dla samego siebie, aby móc sobie ze spokojnym sumieniem powiedzieć – uważam swoje życie za wartościowe. Jestem spełniona. Starość jest więc czasem osądu własnego życia. Właśnie w taki sposób widzę ten okres czasu. I tak też chciałabym kiedyś powiedzieć o swojej starości.
Od tego się zaczęło. Szpital wojewódzki, neurologia, ósme piętro, sala 807. Od dwóch tygodni zajmuję łóżko pod oknem. Naprzeciwko mnie leży starsza kobieta, 74 letnia. Nie ukrywa wieku. Z drugiej strony, nie musi. Karty pacjentów powieszone na łóżkach są ogólno dostępne. Stanisława. Wysoka jak na staruszkę. Jakieś 170 cm wzrostu. Włosy białe, niczym przerzedzona wata otulają twarz staruszki. Przypomina korę starego drzewa, pociętą wzdłuż i wszerz oznakami czasu. Codziennie się jej przyglądam. Jakby Ktoś spłatał figla i za każdym razem kiedy kobieta ta robiła jakiś grymas, pozostawił ślad na jej twarzy. 74 lata, 74 lata grymaszenia.
Religijna starsza pani
Pierwsze 3 dni patrzyła na mnie podejrzliwie. Przyznała się do swoich myśli:
„młoda, nad niczym się nie zastanawia. Tacy jak ja to dla niej zwyczajne dziadki. Przepaść nieograniczona. Pewnie myśli, że starość jej nigdy nie dosięgnie. Wszyscy tak myślimy. Ta myśl powraca, najczęściej zimowymi wieczorami, kiedy nasze nogi nie radzą sobie ze śniegiem tak jak kiedyś, nasze ręce nie dają rady wiadru z węglem, nasze oczy nie potrafią czytać po siedemnastej. W takie właśnie wieczory przychodzą duchy młodości.”
Budziła się codziennie o 5, siadała na łóżku z różańcem w ręku. Modliła się. W ogóle często się modliła. Przed śniadaniem, po obchodzie lekarzy, przed obiadem, przed kolacją, przed snem, przed badaniami. O godzinie 6 przychodził ksiądz z komunią. Przyjmowała, ale nie zawsze. Jedyna myśl jaka mi się narzuciła – „przynajmniej nie robi z siebie świętej”.
A to takie typowe dla starszych ludzi. Tak jakby po sześćdziesiątce umacniała się nasza wiara. Czyżbyśmy chcieli nadrobić stracony czas? A może czujemy, że już nie jesteśmy tacy samowystarczalni, silni, pełni energii, otoczeni znajomymi, po prostu młodzi. Nie omieszkałam o to zapytać.
-widzisz, ja zawsze byłam wierząca. Modliłam się. Teraz po prostu tego bardziej potrzebuję. Zdaję sobie sprawę z tego że jestem chora. Mam swoje problemy, ale każdy je ma. Dlatego nie chce nikogo nimi obarczać. A z kim innym mogę tak szczerze rozmawiać jeśli nie z Bogiem. Tylko on wie co czuję. Mam przyjaciółki, ale w naszym gronie rozmowy o chorobach są zabronione. Tego typu pogaduszki zamieniłyby się bardzo szybko w księgę skarg i zażaleń starszych pań.
Uśmiecha się. To wiele tłumaczy. Na jej twarzy maluje się spokój. Chyba właśnie do tego dąży. Każda rozmowa nas uspokaja, ten moment kiedy możemy z siebie wyrzucić to, co kotłuje się w naszej głowie. Żaden przyjaciel, żaden członek rodziny, nie jest w stanie wczuć się w naszą sytuację. Synonim prawdziwej wiary – rozmawiać z Bogiem, nie słysząc odpowiedzi, ale czuć ją w postaci spokoju umysłu i serca. Jednak nawet jeśli wiem dlaczego 74 letnia staruszka chce być tak blisko Boga, muszą minąć lata, żebym naprawdę to zrozumiała.
„Krasnoludki”
Ósme piętro, neurologia. Wszyscy wyglądają na zdrowych. To chyba taki oddział. Chociaż prawe skrzydło ma się nieco gorzej. Tam większość pacjentów leży, podczas gdy my spacerujemy sobie, spotykamy się na kawie. Rozmowy na temat co komu dolega i kto ma gorzej, są nieuniknione. Tak więc i na taką rozmowę przyszła kolej. Starsi ludzie pytani o swoje zdrowie często mają tendencję do popadania w skrajności – albo jest wszystko idealnie, albo rozmowa robi się nieubłagalnie grobowa. Zimne ręce i świszczący oddech wzbudzają naszą wyobraźnię i zastanawiamy się czy jeszcze spotkamy tego kruchego dziadka. Co dolega mojej sąsiadce?
-Krasnoludki, Anuś. Krasnoludki.
Na sali nastała cisza. Każdy miał przed oczami jeśli nie bajkę o Królewnie Śnieżce, to kadr z filmu „Szuflandia”. Demencja starcza? Niemożliwe.
-pierwszego wykryli mi w nerce. Każdy by się załamał, a ja ze stali nie jestem, wiec smutek i mnie ogarnął. Nerkę usunięto, a druga wzięła na siebie pracę za dwie, nie była już taka silna. Częste przeziębienia i zapalenia, to już moja stała dolegliwość. Drugiego wykryli w piersi. Skoro nerkę usunęli, z piersią nie było większych problemów. Muszę tylko przyznać, że rehabilitacja jest bardzo męcząca. Po operacji usunięcia piersi ma się bardzo ograniczony zakres ruchów ręką. Ale dałam sobie rady, a proteza jest tak idealna, że czasem się zapominam, że mam ją ściągnąć przed snem. Z trzecim krasnoludkiem nie było tak wesoło. 16 lat temu znalazł sobie miejsce w przysadce mózgowej. Tu mój smutek przybrał nieco inną barwę. W tej chwili jestem na etapie leczenia Bromergonem. Jest sobie tam dalej, ale póki co śpi. A dlaczego tu jestem? Żadna bajka ani żaden film, nie mówi o trzech krasnoludkach. To stworzenia stadne, wiec obława trwa.
W tym szpitalnym klimacie niejeden pacjent da się porwać konkurencji, na najbardziej porywającą opowieść o swojej chorobie. Teraz nikt nie miał odwagi. Wyglądałoby to tak jakby po premierze filmu „Pasja” Mela Gibsona wyświetlono „Misia” Stanisława Bareja.
Ciszę przerwała salowa, wjeżdżając na salę wózkiem z kolacją.
Adaś – nie mężczyzna, tylko człowiek
Słońce opierało się całą swoją siłą o szyby okien, a my, pacjentki z sali 807, niczym kotki wylegiwałyśmy się na swoich łóżkach czekając na obchód. Na korytarzu słychać stukot chodaków. Godzina 9:00, jeszcze za wcześnie. Do Sali wszedł młody lekarz. Kalkulator w naszych głowach przeszedł na funkcję „ON”, obliczając ile lat ma student medycyny odbywający praktyki lub też lekarz zdobywający specjalizację.
-Jak się pani dziś czuje, pani Stanisławo?
-no wie pan! To miłe z pana strony. Bardzo dobrze.
Staruszka zatrzepotała rzęsami, a my czekałyśmy na rozwinięcie fabuły. Porozumiewawczym wzrokiem oceniłyśmy lekarza na przystojnego mężczyznę.
-czy odczuwa pani jakiś dyskomfort? Mógłbym to zmienić jeśli będzie trzeba.
-oh, dziękuję skarbie, ale myślę, że nie jesteś odpowiednim człowiekiem.
Mężczyzna uniósł kąciki ust. Dziurki w policzkach zauważyła chyba każda z nas.
-pani Stanisławo, przyszedłem z wizytą, pytam czy pani coś dokucza, cos panią boli.
-nie, dziękuję, czuję się dobrze.
Staruszka patrzyła na mężczyznę zdziwionym wzrokiem.
-wybacz skarbie, ale nie wiem jak się mam do ciebie zwracać.
-od dziś może być Adaś. A teraz przepraszam, muszę dokończyć obchód.
Z szerokim uśmiechem doktor Adaś przeszedł do kolejnej pacjentki. Każdą po kolei zapytał o samopoczucie. Po jego wyjściu, parsknęłyśmy śmiechem. Starsza pani uśmiechała się do nas. Ponownie odczułam różnicę wieku. Pani Stanisława lekarza uznała za zbyt młodego aby mógł pełnić tą funkcję, a także zbyt młodego, aby mógł z nią prowadzić dialog jak mężczyzna z kobietą w pełni tego określenia znaczeniu. Czy ludzie starsi zatracają różnice płci, na wszystkich ludzi patrzą jednakowo? Czy z wiekiem podkreślają swoją starość uznając wszystkich poniżej 40 roku życia za bardzo młodych?
-widzicie kochane, a ja byłam pewna że ten młodzieniaszek się mi zaleca! Nie miałby szans. W moim sercu jest miejsce tylko dla Józka. Józeczek to dobry mężczyzna. Nigdy mnie nie skrzywdził, obydwoje darzyliśmy się szacunkiem. Nie było między nami kłótni, tak jak teraz widzi się młode małżeństwa, bezustannie walczą o swoje prawa między sobą. My kłóciliśmy się po cichu, bez krzyku. To była bardziej wymiana poglądów. Józek był inżynierem, był wykształcony, odnosił zasługi w pracy. Bardzo dobrze zajmował się mną i dziećmi. Nie chodził do kościoła tak jak ja, nie wierzył. Ale to nie powód do kłótni. Zawsze jest kompromis. Mężczyzna i kobieta muszą się rozumieć uzupełniać się wzajemnie. Jeśli jedno się nie zmieni, to drugie musi to zaakceptować. Ale nie wolno nadużywać czyjegoś charakteru, chęci zmian, czy tolerancji. Tak właśnie było z nami. Każdy miał swoje obowiązki, swoje prawa, zasady i wszystko to było świętością. Teraz się to łamie. Józek zmarł na wylew gdy miałam 58 lat. Teoretycznie mogłabym sobie kogoś poszukać. Ale moja miłość była silniejsza. Przywiązanie do tej jednej osoby, nawet po jej śmierci jest tak mocne, że jeśli nawet zaczęłabym się z kimś umawiać, czułabym jakbym zdradzała Józka. Dlatego nie patrzę już na mężczyznę jak na Mężczyznę, ale jak na człowieka, takiego samego jak ja. Jedyne co mi teraz pozostało, to pogratulować młodemu lekarzowi udanego wyjścia z sytuacji. No i oczywiście tego, że chociaż przez ułamek sekundy dzięki niemu czułam się jak młoda dziewczyna. Ci mężczyźni… potrafią w głowie zawrócić!
Kazia – brakujące ogniwo
Kolejny szpitalny dzień jak zawsze zaczął się wcześnie. Pomimo tego że zawsze wstawałam koło 6:00 rano, tutaj czas miał jakby inny wymiar. Lub mówiąc prościej niemożliwie się dłużył. Pani Stasia nie spała już od jakiejś godziny. Gdy zdarzało mi się obudzić przed tą porą widziałam jak siedzi na łóżku i odmawia różaniec. W taki sposób rozpoczynała każdy dzień, modlitwą. Skończywszy modlitwę, zsuwała się na brzeg łóżka i siedziała tak jeszcze przez chwilę, jakby planowała, układała sobie cały harmonogram dnia.
-oj Kaziu, pora wstać z łóżka.
Mówiła do siebie. Robiła to bardzo często, podsumują tym samym jakieś wydarzenie, mówiąc na głos swoje refleksje, a także wydając sobie polecenia. To tak jakby wcielała się w kogoś innego, kogoś, kto motywował by ją do jakiejś czynności. Takie zachowanie wcale mnie nie dziwiło. Ludzie nierzadko mówią do siebie, jedni w myślach, drudzy na głos. Interesowało mnie coś innego.
-jak ma pani na imię?
-ha! Stanisława.
-a więc dlaczego Kazia? Tak się pani zwraca do siebie.
-widzisz Anuś, była nas trójka. Najstarsza siostra, ja i najmłodszy brat. Zanim jednak się urodziłam, na świat przyszła Kazia – drugie dziecko moich rodziców. Kazia jednak była bardzo chorowita. Łapała wszelkie choroby i infekcje. Zdrowie nie było jej dane i mając zaledwie rok, zmarła. Po śmierci Kazi dwa lata później na świat przyszłam ja. Tatko dał mi na imię Stanisława. 3 lata później urodził się Stefan. Byłam tak jakby ogniwem, który spoił łańcuch dzieci, rodzonych co 3 lata. Tatko zapewne tęsknił za małą Kazią i właśnie dlatego mnie tak przechrzcił.
-chyba by mnie to troszkę bolało. Nie czuła się pani jakby zastępowała pani miejsce kogoś innego?
-no tak..! Młode pokolenie, które chce być najważniejsze. Oczywiście, że czułam się jakbym zastępowała kogoś innego - moją nieżyjącą siostrę. Ale czy nie można na to popatrzeć jak na wyraz miłości. Dla mnie było zaszczytem, że tata przelał miłość do wątłej Kazi na mnie. Czasem nawet chciałam sobie powiedzieć, że kochał mnie za dwie. Nie można mieć pretensji do innych o rzeczy, za które nie odpowiadają. Trzeba się nauczyć pokory wobec woli Boga. Widzisz, tak musiało być. Zmarła Kazia i zostało miejsce na jeszcze jedno ogniwo w tym łańcuszku. Tym ogniwem stałam się ja. To dla mnie bardzo ważna rola.
-życie byłoby łatwiejsze bez zazdrości o pozycję innych.
-też tak myślę. Pociesz się tym, że po latach nie tylko dojdziesz do tego przekonania, ale naprawdę zaczniesz według niego postępować. Ale teraz masz jeszcze mnóstwo czasu na to, żeby to zrozumieć.
Spojrzała na mnie z takim błogim uśmiechem, że poczułam się wyjątkowo spokojna. Spokojna o moją przyszłość. To tak jakbym była u wróżki, tylko, że jej wróżba zdawała się być pewna. Może to ze względu na wiek pani Stasi, na jej spokój ducha, ze względu na to, że wszystko co mówiła, mówiła pewnie, nie pozostawiając cienia wątpliwości co do jej przewidywań.
-Oh, Kaziu Kaziu.. może byś coś zjadła?
Staruszka, podniosła się z łóżka, z nie znikającym zadowoleniem na twarzy poszła w kierunku lodówki. Ta pokora wobec wszystkiego, co się wydarzyło w jej życiu nieustannie mnie zadziwia. Pani Stanisława potrafi się pogodzić z każdym faktem i każdą myślą. Dziwne, że jest to tak trudne dla mnie w tym wieku, a tak oczywiste dla starszej osoby jak moja szpitalna sąsiadka.
Czas na grzybobranie
Wtorek. Zostałyśmy na sali same. Pacjenci się wykruszyli. Zdiagnozowani wrócili do domów, kontynuując leczenie w poradniach specjalistycznych. Siedziałyśmy na moim łóżku, patrzyłyśmy w okno. Czekałyśmy na to samo – na wypis. Pani Kazia ze spokojnymi myślami, że „krasnoludków” nie ma. Ja z wielkim znakiem zapytania.
-widzisz Anuś, najważniejsze, że krasnoludków nie ma. Teraz mogę wrócić do Złotego Stoku, pójść do lasu i zbierać grzyby. Sezon się dopiero zaczyna. Musisz do mnie przyjechać. Chociaż na weekend. We dwie się zmieścimy w moim mieszkanku. Mam coś dla ciebie.
Podreptała do swojej torby, wyciągnęła reklamówkę. Usiadła obok mnie, zaczęła odpakowywać zawiniątko, niczym czekoladkę ze sreberka. Jedna reklamówka, druga, jednorazówka, folia aluminiowa. Śmiałam się w myśli… 20 letni człowiek włożył by – cokolwiek to było – do pudełka próżniowego. Klik – i otwarte.
Ciastko. Dostałam ciastko.
-jedno dla ciebie, drugie dla mnie. Dobrze, że jesteśmy same na tej sali. Nie mam więcej ciastek.
Stukanie chodaków, skrzyp drzwi, do sali weszła pielęgniarka.
-pani Kowalska, proszę przejść do dyżurki odebrać wypis.
Pani Kazia podniosła się łóżka spokojnie, stanęła przede mną z otwartymi ramionami.
-no to żegnam cię moja damo. Miło było mi cię poznać, życzę ci dużo zdrówka i do zobaczenia w Złotym Stoku.
Miała mocny uścisk. Można powiedzieć pełen życia. Wycisnął ze mnie nawet łzy. Odwróciła się i drobnym kroczkiem z walizeczką na kółkach, opuszczała salę 807. Poczułam, że zegar wybił dwunastą i kopciuszek musi uciekać z balu. Jak zawsze kopciuszek gubi bucik. Bucik, który mówi o nim wszystko, jego symbol. Tym razem nie było inaczej. Folia aluminiowa na moim łóżku. Tak samo pognieciona jak twarz pani Kazi, zużyta, ale pachnąca jeszcze karmelowym ciastkiem z okruszkami wspomnień po nim w środku.
Chwila na refleksje
Zostałam sama na szpitalnej sali. Kolejne pacjentki, które przyszły po pani Kazi nie były już tak wyjątkowe. Z resztą taka osoba można by rzec, zawyża poprzeczkę innym. Naprawdę wartościowa kobieta. Przez te dwa tygodnie spędzone z panią Kazią, miałam wrażenie, że zmienił się mój świat. Przyhamował. Niesamowicie się cieszę, że mogłam spotkać taką osobę. Nigdy tak naprawdę się nie zastanawiałam co będzie ze mną za 40 lat, jaka będzie starość lub jaka jest w tej chwili dla innych ludzi. Kiedy pakowałam się do szpitala, zabrałam ze sobą mnóstwo książek. Nie uwłaczając żadnemu z autorów tych dzieł, myślę, że żaden z nich nie potrafiłby przybliżyć mi istotę tematu starości w taki sposób, w jaki zrobiła to pani Kazia. Mówi się, że starość się Panu Bogu nie udała. Czy ja wiem? Może się właśnie udała, tylko ten, kto to powiedział, musiał być albo młody, albo nie zaznał szczęścia w młodości. Pani Kazia na pewno słysząc to powiedzenie, od razu by je zdementowała. Starość jest jak każde podsumowanie pewnej całości. To czas, kiedy możemy na siebie popatrzeć z dystansem, jeśli oczywiście pozwala nam na to stan naszego zdrowia. Myślę, że starość może być piękna, ale najpierw sami musimy nauczyć się w niej żyć. Nie przyspieszać jej, twierdząc, że na emeryturze straciliśmy sens życia, ani też udawać, że jeszcze nie nadeszła, pokazując wszystkim, jacy to jesteśmy młodzi i nie zależni, stając się przy tym agresywni dla otoczenia, gdy wyciąga do nas pomocną dłoń.
Pokora i szacunek. Te słowa chyba najczęściej padały w naszych wspólnych rozmowach. I właśnie od tego czasu stały się one dla mnie naprawdę wartościowe. Jedyne, co na koniec tej refleksji mogłabym stwierdzić, to, to że życzę każdemu, żeby mógł spotkać w swoim życiu taką „panią Kazię”, która mu otworzy oczy na sprawy bardzo ważne, a zarazem najczęściej pomijane w codziennym wyścigu o bycie kimś zauważalnym i istotnym. Kimś takim dla innych ludzi jest być łatwo, bo zawsze się znajdzie ktoś, kto nam czegoś pozazdrości, pochwali nas. W taki sposób przebiegniemy przez nasze życie z klapkami na oczach, wciąż starając się pokazać od jak najlepszej strony. A nie to jest najważniejsze, żeby inni nas podziwiali. Ważniejsze jest to, żeby być takim kimś dla samego siebie, aby móc sobie ze spokojnym sumieniem powiedzieć – uważam swoje życie za wartościowe. Jestem spełniona. Starość jest więc czasem osądu własnego życia. Właśnie w taki sposób widzę ten okres czasu. I tak też chciałabym kiedyś powiedzieć o swojej starości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















